sobota, 11 czerwca 2011

Przepraszamy!

Przepraszamy, że tak długo nas nie było! Oraz za to, że tak bez żadnego wyjaśnienia przestałyśmy dodawać nowe posty.
*skrucha*
Ale od teraz znowu zaczynamy działać! Dokończymy pisać drzewo, zmienimy motyw rybek (wszak Walentynki już dawno minęły...), a także napiszemy dla Oli specjalne opowiadanie-nagrodę!
Więc wybaczcie nam, Kochane Czytelniczki i Czytelnicy!
Zaraz pojawi się kolejny post!
Skruszone Parasolkomaniaczki

wtorek, 15 marca 2011

Opowiadanie Bleach'owe

Hej! (zawsze kilka minut zastanawiam się, jak rozpocząć takiego posta... bo tak jakoś mi głupio bez przywitania... i w końcu zawsze piszę to płytkie "hej"... ech...)
Przepraszamy, że ostatnio jakoś mało postów dodajemy, ale czasami coś takiego człowieka bierze, że nie chce mu się robić nic twórczego... I wciąż niespecjalnie nam się chce, więc zamieszczamy krótkie opowiadanko, które Karola napisała już pewien czas temu, a które zostało napisane na podstawie pewnej mangi Bleach i z myślą o Walentynkach (ale jakoś tak wyszło, że go wtedy nie wstawiłyśmy w końcu). O Walentynkach wszyscy już zapomnieli, ale cóż... I jeszcze jedno: myślę, że naszej kochanej czytelniczce chat noir spodoba się temat opowiadania! ^^




Kuchiki Byakuya jest dość specyficzną postacią. Kapitan 6 oddziału, szlacheckiego pochodzenia. Wpływowy i niebezpieczny. Lepiej omijać z daleka.
Na szczęście Byakuya jest dość łatwo rozpoznawalny. Nosi zwykłe, czarne kimono, a na nim białą szatę kapitana. Szyję, nie wiadomo po co (bo chyba nie dlatego, że mu zimno), owija sobie szalikiem. Ma długie czarne włosy, poupinane porcelanowymi nakładkami (ciekawa rzecz- nigdy się nie tłuką!).
A teraz najpotężniejsza broń kapitana Kuchiki- on nigdy się nie uśmiecha! Jest to zadziwiająca umiejętność, jak skryć wszystkie emocje pod tylko jedną miną.
Do zalet tego kapitana dodajmy…że nie zwala całej papierkowej roboty na swoich zastępców. Więc właśnie teraz Kuchiki Byakuya zasiadł sobie wygodnie, na najdroższym krześle, za najdroższym biurkiem, i zaczął składać podpisy najdroższym piórem, jakie udało mu się znaleźć.
Niestety tę szlachetną prace przerwało mu wejście dwóch shinigamich (czyli bogów śmierci). Byli to: Kuchiki Rukia, siostra Byakuyi, która na szczęście posiada odpowiednio rozwiniętą mimikę twarzy, a także nadpobudliwy Kurosaki Ichigo, rudowłosy chłopak, sprawiający mnóstwo problemów. Oboje wyglądali na bardzo szczęśliwych i szeroko się szczerzyli, ukazując swoje uzębienie. Byakuya był trochę zdziwiony, gdyż z reguły rzadko kto przychodził do niego w tak dobrym humorze.
-Dzień dobry, bracie!- zawołała Rukia.
-Dzień dobry, kapitanie!- zawołał Kurosaki Ichigo, który witał kogoś takim tonem chyba po raz pierwszy w życiu.
Byakuya spojrzał na nich ponownie, jak zwykle, z opanowaniem, tak, że ciężko było stwierdzić co może myśleć. Rukia w podskokach podeszła do niego.
-Mam dla ciebie dobrą wiadomość, bracie. Na pewno się ucieszysz.
(Proszę wziąć pod uwagę, ze jest to opowiadanie romantyczne. Od tego momentu łatwo się domyśleć, co chce powiedzieć Rukia. No i co mogło sprawić, że Ichigo jest radosny?!- autorka).
Kuchiki Byakuya odłożył swoje drogocenne pióro.
-Tak?- powiedział.
-No więc…- zaczęła Rukia.
-…my…- ciągnął dalej Kurosaki Ichigo.
-…my chcemy…
-…się…
-…pobrać?- zakończyła niepewnie Rukia.
Byakuya nadal nie zmienił wyrazu twarzy.
-Roz…-zaczął.
Teraz na pewno powie „Rozprosz się, Senbonzakura” i uwolni swój miecz. Zaraz będzie po nas, myślała Rukia. Brat jest zły.
Ichigo chwycił ją za rekę.
Poczuła jak jej serce przyspiesza.
Bam, bam, bam!
-Rozradowało się me serce tą wiadomością- dokończył swoją wypowiedź Byakuya, a Rukia poczuła jak powietrze z niej uchodzi.
Te szybkie buty, co nam dał tata Ichigo, całe szczęście, się nie przydadzą, odetchnęła z ulgą.
- O, bracie!- krzyknęła.
Kurosaki Ichigo też wydawał się nieco zdziwiony.
-Dziękuję!- ukłonił się.
Bykauya nadal nie zmienił wyrazu swojej twarzy.
-Trzeba będzie przyszykować przyjęcie, porozsyłać zaproszenia, to będzie dużo pracy. Jesteście pewni, ze nie porywacie się z motyką na słońce?- zapytał.
-Damy radę!- zakrzyknęli oboje.
Wtedy na twarzy Byakuyi drgnął jeden mięsień.
Ani Rukia, ani Ichigo tego nie zauważyli.
Byakuya wstał.
I powiedział:
-Rozprosz się, Senbonzakura!

To już nie pozostawia wątpliwości, że Kuchiki Byakuya jest postacią co najmniej niebezpieczną i nieprzewidywalną. Atakuje w najmniej spodziewanych momentach. Cokolwiek by nie robił, nigdy nie zmienia wyrazu twarzy.

A poza tym- potrafi zepsuć każdy romans! (To bardzo racjonalne wytłumaczenie, dlaczego w Bleachu nie ma za wiele romansów. Odpowiedź jest następująca: bo istnieje Byakuya. Więc do wyboru- albo romans, albo Byakuya).
______
... a chyba jasne jest, że wybieramy Byakuyę, nee? XD

Dorodoroke

piątek, 11 marca 2011

Wynik konkursu na tytuł opowiadania

A więc, Kochani Czytelnicy!

Bardzo Wam wszystkim dziękuję za wymyślenie tylu propozycji :) To był na prawdę trudny wybór wybrać z nich jedną (tylko jedną!), tą, którą będzie pasowała do fabuły. A wiec... dziękuję Wam wszystkim za wysilenie swojej kreatywności przedstawienie nam tylu wspaniałych propozycji :)

A teraz nadszedł czas na wynik: Po długich naradach (raczej ilościowo niż jakościowo ;P), ustaliłyśmy, ze wybieramy tytuł 'Drzewo', autorstwa Oli. Olu, dostajesz nasza nagrodę -specjalnie dla ciebie napiszemy krótkie opowiadanie z rysunkiem, w którym to spotkasz się z wybraną przez siebie fikcyjną postacią. Masz już jakąś propozycję? ;P

Dla pozostałych mam też dobrą wiadomość- otóż osoba, która zgłosiła najwięcej propozycji dostaje od nas (niespodziewaną) nagrodę za swa kreatywność! :) Otóż, może ona wybrać sobie dowolny motyw rybek, który pojawi się na naszym blogu i trochę na nim będzie ^.^. Najwięcej propozycji zgłosiła chat noir. Czekamy na odpowiedź.

Dziękuję Wam wszystkim jeszcze raz! :)

czwartek, 3 marca 2011

Opowiadanie po raz kolejny i przedłużenie konkursu

Hej Kochani Czytelnicy!
Strasznie was przepraszamy, że tak długo nie ukazywał się żaden post, szczególnie, że rozstrzygnięcie konkursu na tytuł miało być już w niedzielę, zdaje się. Ale, pewne osoby (a raczej osoba...), które BARDZO chcą wygrać konkurs i potrzebują na myślenie trochę więcej czasu, niż inni ;P poprosiły nas o przedłużenie terminu przedstawiania swoich propozycji. No więc przedłużamy. Ostateczny termin to czwartek 10 marca, czyli za tydzień. Wyniki ukażą się najprawdopodobniej w sobotę, albo wcześniej, jeśli szybko się zdecydujemy.
Ponieważ błogi okres wypoczynku, zwany feriami, już za nami, zabieramy się do roboty i zamieszczamy kolejny rozdział oczekującego na tytuł opowiadania. Niektórzy z was twierdzili, że to może pomóc w wymyślaniu tytułów - a wiecie chyba, że wasze życzenie jest dla nas rozkazem ^^

4.

…tego dnia stało się coś bardzo niepokojącego. Wstałem trochę wcześniej, uciekając od mojego sąsiada, który najwyraźniej krzyczał przez sen, jakby go żywcem obdzierali ze skóry. Udałem się na moje drzewo, siedząc na nim sam. Sam! Powinienem był się cieszyć, że jeszcze nie muszę znosić codziennej dawki niezdrowej paplaniny.
Ale jednak czegoś mi brakowało. Było zbyt cicho. Chłodny wiatr delikatnie poruszał liśćmi, więc na zero jakichkolwiek odgłosów nie mogłem narzekać. Może jednak potrzebowałem rozmowy? Nie, to głupie, niepotrzebne i irytujące.
Ułożyłem się wygodnie na gałęzi i przymknąłem oczy. Tym razem nie chciałem „przyspieszać” czasu, jak to miałem w zwyczaju, kiedy dzień wydawał się zbyt długi. Tylko siedziałem, zastanawiając się, czy plan Ernesta się powiedzie? A jeśli tak, to co wtedy będzie robił? Czy znajdzie swoje drzewo?
Potem otworzyłem oczy, oglądając jedyny świat jaki znam. Świat, który jest czarno-biały. Dobrzy są wszyscy naukowcy i wychowawcy, a źli jesteśmy my, czyli mutanty. Są oczywiście jeszcze osobniki „nawracające się”. Nawet nas wszystkich podzielili według tego, jak bardzo do nich pasujemy, jak bardzo pasujemy do czyjejś wizji świata.
„Tak nie może być naprawdę”- pomyślałem.-„Tak myślałby Ernest, nie ja”.
Kiedy słońce zaczęło grzać trochę mocniej, uznałem, że już czas na kolejne zajęcia, mające przystosować mutanty do życia w społeczeństwie. Leniwie zeskoczyłem z drzewa, czując natychmiast jakiś niepokój. Opuściłem bezpieczny teren.
Powolnym krokiem ruszyłem w stronę budynku, obserwowany przez kilka par oczu z krzaków. Szaleńcy, którzy zostali wypuszczeni ze swych pokoi. Podano im leki. Pomimo tego, że cały świat widzą w zamazanych barwach, gotowi są rzucić na wszystko, co się rusza szybciej niż uznają za normę. W głowie im się miesza. Nigdy nie sprecyzowano od czego. Osobiście sądzę, że właśnie od zamknięcia i tych wszystkich leków, których końskie dawki w nich wpompowują.
Przechodząc koło podobnych typów, nie wolno się wahać ani bać. Należy iść wolno, rytmicznie, nie robiąc żadnych przerw. Wtopić się w otoczenie. Przepłynięcie przez nie gładko jest kwestią wprawy, ćwiczonej od dnia narodzin aż do śmierci.
Na zajęcia przyszedłem spóźniony. Ale niewiele, tylko trochę. Wszyscy uczestnicy, którzy dotrwali do tej pory, wpatrywali się we mnie.
Po plecach przebiegł mi dreszcz.
-Kolega Ernesta?- zapytała mnie prowadząca, kobieta z kucykiem, z worami pod oczyma, jakby się nie wyspała.- Siadaj.
Zrobiłem tak jak kazała- usiadłem na swoim miejscu, w drugim rzędzie, a po plecach przebiegł mi kolejny dreszcz.
Czułem się zaniepokojony, jak nigdy.
Ernest nie przyszedł.
Kobieta z kucykiem zaczęła mówić o różnych tematach rozmowy, które możemy poruszać ze znajomymi- o jedzeniu (słynne kawa czy herbata), o pogodzie, o tym, co lubimy robić i innych głupotach. Wspomniała też coś jeszcze o prawieniu komplementów, lecz nie za bardzo jej słuchałem. Zaciskałem jak najmocniej ręce na kolanach.
Dlaczego on nie przyszedł?!
Przecież to jego plan! Co ja mam, cholera jasna, robić?!
(Przeklinania nas nie uczyli, to prawda, ale dość często coś im się „wymsknęło”).
Kobieta powiedziała, że puści nam film. Jednak jej ręka zastygła na chwilę.
-A może ktoś nam powtórzy wszystko, czego się dowiedzieliśmy?- zapytała.
Odsunąłem się przezornie, jednak koło mnie nikt nie krzyczał, nie wymachiwał rękami czy nogami. Totalna pustka.
„Jeśli Ernest tego nie zrobi, to nikomu innemu się nie uda”, pomyślałem.
Tak, ja powinienem odpowiedzieć. Tego by się po mnie spodziewał, prawda? Czy na samym początku naszej znajomości nie kazał mi obiecać, że będę się starał? Że jeśli będę się starał, to uda mu się zrealizować jego plan?
Dotąd nie zrobiłem nic oprócz przychodzenia na zajęcia.
Dotąd byłem tylko kolegą Ernesta, tego nadpobudliwego idioty, który potrafi mówić (i najwyraźniej też uwielbiał to robić).
Nie wniosłem nic do planu.
Chociaż nie powinno mi zależeć- mogłem nadal siedzieć na drzewie i wegetować z dnia na dzień, mogłem zostać za tymi murami do końca życia. Mogłem do końca być szaleńcem w początkowej fazie.
Kobieta ponowiła pytanie, lecz kiedy odpowiedziała jej cisza, kliknęła odpowiedni klawisz pilota i rozpoczęliśmy oglądanie filmu, na którym ludzie rozmawiali ze sobą. Nie brzmiało to jak prawdziwa rozmowa, wszystkie gesty były sztuczne, jakby wymuszone. Z drugiej strony – czy ja wiem, może tak powinna wyglądać rozmowa?
Skuliłem się na swoim miejscu, nie zawracając sobie głowy filmem.
Byłem żałosny.
W głowie uformowała mi się jedna, gorzka, prawdziwa myśl- „Zawiodłem”.
Zawiodłem Ernesta.
Siebie też.
Po zajęciach, z wyrzutami sumienia, błąkałem się po okolicy. Czułem, jak wdziera się do mnie szaleństwo. Powoli, lecz nieubłagalnie. Jutro powinni przenieść mnie do Wysokiego Zagrożenia.
Hm.
Wysokie Zagrożenie. Ernest.
Trochę oprzytomniałem. Ernest mieszka wraz z tymi wszystkimi szaleńcami. Jeśli nie przyszedł na zajęcia ani nie ma go na drzewie, to może znajdować się tylko w dwóch miejscach: albo u siebie, albo w szpitalu (o trzeciej możliwości, tej na którą szpital nie pomoże, wolałem nie myśleć- przecież nie dałby się załatwić w jeden dzień).
Do szpitala mnie nie wpuszczą. Nikt nigdy nie przychodzi w odwiedziny.
Ale do wysokiego zagrożenia może dałoby się przemknąć niespodziewanie. Może nie wyglądam na typowego szaleńca, piana jeszcze mi się z ust nie toczy, lecz… szanse są o wiele większe niż w przypadku szpitala.
Powoli ruszyłem w odpowiednia stronę, choć cały mój organizm buntował się przy każdym kroku. Nikt przy zdrowym umyśle nie poszedłby tam, nie do wysokiego zagrożenia. Wszędzie, ale nie tam.
„To nie może być takie straszne. Ernest jakoś żyje”- pocieszyłem się, choć od razu przypomniało mi się jego nadszarpane ucho.
Musiał się bić.
Kiedyś był takim szaleńcem z pianą w ustach, ale potem ozdrowiał. Inaczej nie umieściliby go w wysokim zagrożeniu.
Była pora obiadowa. W wysokim zagrożeniu stołówka mieściła się za grubą pancerną szybą. To coś znaczyło, wiec wolałem najpierw nie wchodzić do środka, tylko zajrzeć. I tam był Ernest, skulony, w kącie. Z nosa leciała mu krew.
Starałem się, żeby mnie zauważył, robiąc do niego porozumiewawcze znaki ręką.
Jego zielone oczy dziwnie błysnęły, ale wstał i ruszył w moją stronę.
Nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka.
Było zupełnie cicho, choć przed chwilą miałem wrażenie, że w środku panuje jakiś harmider. Szyby nie przepuszczały dźwięku. Lecz ta cisza była nienaturalna.
Potem wszystko stało się bardzo szybko.
Ernest już nie szedł, lecz biegł.
Wyglądał trochę jak szaleniec.
I skoczył w moim kierunku, wpatrując się we mnie swoimi jasnymi oczyma. W ogóle nie byłem na to przygotowany.
„Co…?!”
Siła ciosy wypchnęła mnie za drzwi, które natychmiast się zatrzasnęły. Upadłem na trawnik.
Wtedy, tuż przed moim nosem, o szybę rozbił się inny szaleniec, jeden z tych, co potrzebują największej dawki leków.
Ciarki przebiegły mi po plecach.
Było blisko. Gdyby nie Ernest, on…
Następnie ów szaleniec chwycił Ernesta, który przy nim wyglądał na bardzo chudego, delikatnego i rzucił nim o ścianę jak szmacianą lalką. Krwawienie z nosa powiększyło się.
I wszystko to zdarzyło się bardzo szybko.
Ernest uratował mnie przed rozmiażdżeniem się na ścianie.
Pokornie usunąłem się z widoku i wróciłem na moje drzewo, bardzo skołatany. Cały drżałem. Serce biło mi bardzo szybko, zbyt szybko, a ja siedziałem wpatrując się w moje dłonie.
To nie był pierwszy raz, kiedy ktoś się na mnie rzucał.
To nie był pierwszy raz, kiedy brałem udział w tak bliskiej konfrontacji z szaleńcem.
Ale teraz nie byłem przygotowany na powrót instynktów z młodości, okresu, w którym regularnie brałem udział w bójkach- wtedy nie myślałem o własnym życiu, nie miałem żadnych planów (no… teraz mam jeden!).
Zrozumiałem, dlaczego Ernest pragnie zacząć inne życie.
Pozostawanie tutaj nie będzie miało dla niego większego sensu. Dla mnie zresztą też nie.
Chociaż… czy cokolwiek w moim życiu ma jakiś sens? Czy to w ogóle może się zmienić?
Usłyszałem trzask konarów, gdy ktoś wspinał się na moje drzewo. Potrząsnął jasnymi włosami i wpatrywał się we mnie zielonymi oczami, tak intensywnie, że musiałem unieść głowę. Moje ręce drżały trochę mniej.
-Gilbert?
-Dziękuję- przerwałem mu. Słowa z trudem przeszły mi przez gardło.
-Nie o to chodzi.- Krew już przestała ciec mu z nosa i nie wyglądało na to, żeby odniósł jakieś trwalsze obrażenia. Dobrze.- Chciałem się dowiedzieć, jak ci poszło… no, na zajęciach, beze mnie?
-A, to! Fatalnie, idioto. Jak nie będziesz przychodził, to nigdy nie zbudujemy zdrowego związku międzyludzkiego.
-No, dobrze. Nasz związek i tak nigdy nie będzie międzyludzki. Ale myślałem nad moim planem i mam dla ciebie dobrą wiadomość!  Będziemy przychodzić tylko na co drugie zajęcia z przystosowania! -To dziwne. Plan rozwija się w nieoczekiwanym kierunku.- W wolnym czasie będziemy grać razem w piłkę, na boisku. Oni wiedzą, że wszyscy się boją tam wchodzić, więc…
-Odmawiam- odparłem twardo.
-Dlaczego?- oburzył się.
-Jeśli tam wejdę, stanę się szaleńcem. Nie wziąłeś tego pod uwagę, geniuszu?
-Gilbert, ty nie będziesz szaleńcem.
-Jesteś mało wiarygodnym źródłem.
-Zaufaj mi. No, więc, kontynuując- poprosimy ich jeszcze, żeby nauczyli nas czytać i pisać, na pewno mają jakieś stare elementarze. Umiesz pisać lub czytać, Gilbert?
-Nie bardzo.
-To cię nauczę. Myślę, że to na razie wystarczy. Jesteśmy najszybciej rozwijającymi się uczniami, jakich na oczy widzieli. A teraz chodźmy pograć w piłkę!
Zeskoczyłem z drzewa i powoli ruszyłem za Ernestem na boisko.
Jestem idiotą, zaufałem mu.
Dlaczego?
Nagle z głębi mojej pamięci wynurzyło się słowo, dziwne i dotychczas niezrozumiałe, ale pomogło mi w udzieleniu sobie odpowiedzi.
Bo Ernest jest moim przyjacielem.
Jedynym przyjacielem.

Dorodoroke

piątek, 18 lutego 2011

Opowiadanie cz. 3

A więc, proszę bardzo: oto kolejna część naszego opowiadania (tu miałam wam przypomnieć o konkursie, ale i tak robię to już na każdym kroku, więc postanowiłam dać sobie spokój - przynajmniej w tym poście). Mam nadzieję, że się spodoba. Czytajcie i komentujcie!
I myślcie nad tytułem! *jednak nie mogła się powstrzymać*

3.

… miałem przerąbane.
Nigdy nie sądziłem, że aż tak się pogrążę. Otaczało mnie mnóstwo mutantów, którzy mieli równie przerąbane jak ja. Rzucali mi podejrzliwe spojrzenia, a ja nie pozostawałem im dłużny.
Zajęcia miały zacząć się za chwilę. Nie miałem zegarka, więc przyszedłem za wcześnie i siedziałem tu już sporo czasu, przeklinając swoją głupotę. Ale przynajmniej wtedy byłem sam. Teraz w pomieszczeniu zgromadziło się mnóstwo innych idiotów, którzy tłoczyli się i rozglądali. Ale nic nie mówili – chyba że do siebie. Takich wariatów też tu mamy.
Nie czuję się zbyt dobrze w tłumie. Ba, nie w tłumie! W otoczeniu choćby kilku osób. Ciarki przechodzą mi po plecach i jestem rozdrażniony. Mam ochotę wyjść. Uciec. Zaszyć się tam, gdzie nikt mnie nie znajdzie.
Szukałem wzrokiem Ernesta. Był kimś, kogo znałem i jego towarzystwo, choćby nie wiem jak irytujące, było lepsze od towarzystwa tuzina nieznajomych. Jasna czupryna, jasna czupryna… gdzie on jest, do cholery?
Wtedy kobieta z kucykiem niespodziewanie się pojawiła, zarządziła ciszę, przedstawiła siebie i jeszcze swoich asystentów. Jakby kogokolwiek to obchodziło.
Najpierw powiedzieli nam, że musimy nauczyć się odpowiednio zawierać nowe znajomości. Mieli na ten temat prezentację. Na dużym ekranie pokazali nam, jak różni wyszczerzeni ludzie ściskają sobie ręce, kiwają głowami i machają rękoma. Potem zadali nam ćwiczenie – mieliśmy chodzić po sali i przedstawiać się różnym mutantom. Powtórzcie: „Nazywam się Gilbert. Miło mi cię poznać.” Nie miałem ochoty poznawać nikogo, ale kobieta w kucyku gapiła się na mnie natarczywie, więc zacząłem przepychać się między innymi, aż znalazłem Ernesta.
- Nazywam się Gilbert. Miło mi cię poznać.
Wyciągnąłem ku niemu dłoń, odwracając wzrok.
- Nazywam się Ernest! Miło mi cię poznać!
- Nie musisz krzyczeć – zauważyłem, gdy ścisnął moją rękę. – Dlaczego jesteś wiecznie podekscytowany?
- Wcale nie jestem wiecznie podekscytowany! I wcale nie krzyczę!
- Zamknij się wreszcie.
Cofnąłem dłoń. Świetnie. Jedno powitanie powinno wystarczyć. Większość mutantów jeszcze nawet na tyle się nie odważyło.
- Bardzo dobrze, ale musicie patrzeć sobie w twarz! – instruktorka zbliżyła się do nas, obrzucając współczującym wzrokiem. Nie znosiłem tego. Wszyscy zajmujący się nami ludzie albo patrzyli na nas ze strachem, albo obrzydzeniem, albo współczuciem. Chyba najlepiej byłoby, gdyby wcale się nie patrzyli.
- Spróbujcie jeszcze raz.
Idiotka. Po co?
Westchnąłem w duchu i chciałem odwrócić się i odejść, ale Ernest już wyciągał dłoń.
- Nazywam się Ernest! Miło mi cię poznać!
- Nazywam się Gilbert. Miło mi cię poznać– wymamrotałem zażenowany, bo ten idiota wgapiał mi się w oczy. Nigdy nie patrzyłem nikomu w oczy i postanowiłem tego nie zmieniać. Zamiast tego zawiesiłem  wzrok gdzieś na jego podbródku. Na szczęście kobieta się nie czepiała.
Potem puszczali nam film o mieście. Pokazywali wysokie, wysokie budynki, ludzi kłębiących się w sklepach i zamawianie dań w restauracjach. Straszne nudy. Oglądałem bez zainteresowania, starając się myśleć o czymś innym, instruktorka mierzyła nas wszystkich wzrokiem, sprawdzając, czy w ogóle słuchamy, a siedzący obok mnie Ernest podskakiwał na krześle, wybałuszając oczy. I tak do południa. Istna katorga.
Gdy wreszcie nas wypuścili, poczułem ogromną ulgę. Skoczyłem na stołówkę, wziąłem coś do jedzenia i poszedłem na drzewo. Leżałem tam w spokoju do wieczora, zupełnie sam. Świetne uczucie. Już zapomniałem, jakie to przyjemne.
Następnego ranka nie miałem najmniejszej ochoty wstawać. Czekały mnie kolejne zajęcia integrujące, a po wczorajszych zupełnie straciłem na nie ochotę. Nie, to nie tak. Przecież i tak wcześniej żadnej ochoty nie miałem.
Znowu ta sama sala, stanowczo za dużo osób i denerwująca instruktorka. Na początku z uśmiechem poprosiła, aby ktoś przypomniał, czego nauczyliśmy się na ostatnich zajęciach. Osobiście nie uważałem, abyśmy czegokolwiek się nauczyli. Inni pewnie sądzili podobnie, albo po prostu nie mieli ochoty mówić. Wszyscy, prócz Ernesta, oczywiście.
- Ja! Ja powiem!
Instruktorka nawet nie zdążyła skinąć głową, bo już zaczął nawijać. Mówił, jak to wiele cudownych rzeczy się nauczyliśmy, wytłumaczył, jak należy się przedstawiać i znów wyrecytował tę formułkę: „Jestem Ernest. Miło mi cię poznać”. Doszedłem do wniosku, że jeśli usłyszę ją jeszcze raz, szlag mnie trafi. Zatkałem więc uszy i nie słuchałem dalszego ciągu pasjonującej opowieści.
Idiota.
Potem znowu włączyli nam film. Chyba nie za bardzo chciało im się pracować, bo na tych zajęciach obejrzeliśmy w sumie trzy filmy. Na początku coś tam oglądałem, potem się wyłączyłem. Przyglądałem się poszarpanemu uchu Ernesta i wyobrażałem sobie, kto i jak go zranił. Potem gapiłem się na instruktorkę, myśląc, po cholerę wzięła tę robotę. A potem już wcale nie myślałem. Starałem się jedynie popychać czas do przodu, bylebym szybciej mógł stąd wyjść i mieć święty spokój.
Mówiłem już chyba, że to moja strategia na przetrwanie?
Ale wcale nie miałem spokoju. Ernest wgramolił się do mnie na drzewo i zaczął nawijać. Chyba podobało mu się to, że ma do kogo gębę otworzyć. Może należał do tych, którzy musieli mówić i jak nie mieli do kogo, gadali do siebie? Pewnie tak. W końcu był idiotą.
- I wiesz, Gilbert, pamiętasz, co pokazywali w tym filmie? Było świetne, prawda? Prawda?
- Nie wiem, o czym mówisz– mruknąłem, odwracając się tyłem.
- No wiesz, o tym, kiedy tamten… ojej, no! W tamtym filmie, który oglądaliśmy jako drugi, ale nie jako drugi w ogóle, tylko drugi dzisiaj, był ten budynek, no łapiesz, ten wysoki, ale nie ten najwyższy, tylko drugi najwyższy… I tam był ten facet, pamiętasz? I to, co on powiedział, było świetne, nie? Ale nie to pierwsze, tylko…
- Tak, tak, pamiętam. To było świetne– przerwałem mu szybko. Głowa już mnie rozbolała. – Przymknij się, co? Zawsze tyle mówisz?
- Nikt nigdy nie chce mnie słuchać– odpowiedział naburmuszonym tonem.
- No właśnie, ja też nie chcę.
- Ale…
- Jak już musisz tu siedzieć, to siedź, ale po cichu!
- Wiesz co, Gilbert? Obrażam się na ciebie. Żegnaj. Nie będę tu dłużej siedzieć. Sam się o to prosiłeś.
Zeskoczył z drzewa i odmaszerował.
Tak! Wygrałem!
Oczywiście następnego dnia znowu przyszedł. I gadał, a ja starałem się nie słuchać. Ale na to już nic nie da się poradzić.
- Kto przypomni, czego nauczyliśmy się na ostatnim spotkaniu?
- Ja, ja! Ja powiem!
- Cicho bądź. Mógłbyś czasem sobie odpuścić! – szepczę, ale nie słucha. Jak zwykle. Tylko podskakuje na tym krześle koło mnie. Są dwa rzędy, a mi udało się na nim wymusić, żebyśmy usiedli w tym drugim. Miałem być mniej widoczny, tak żeby nie zwracano na mnie uwagi. Jednak ciężko to osiągnąć, jeśli twój sąsiad wciąż podskakuje, tupie, wymachuje rękoma i krzyczy.
Przewracam oczyma. Skoro ja i Ernest mamy udawać, że, jak to nas uczą, „budujemy zdrowy związek międzyludzki”, musimy siedzieć obok siebie. A naprawdę mam ochotę przesiąść się gdzieś z dala od niego.
- Uczyliśmy się, jak udzielać informacji o sobie naszemu rozmówcy. Jednocześnie należy wykazywać zainteresowanie tym, co on ma do powiedzenia.
Tak, pamiętam to. Jakich, u diabła, mam udzielić o sobie informacji?! „Jestem Ernest i jestem mutantem. Ludzie stworzyli mój gatunek, żeby im służył w kopalniach, ale coś im nie wyszło. Mam więc geny ludzkie, kocie i nie wiadomo jakie jeszcze, i jestem strasznym problemem, bo jakieś prawo zabrania zakazywania nam się rozmnażać. A ty wolisz kawę czy herbatę?”
Beznadzieja.
Po zajęciach idę coś zjeść. Biorę jedzenie, wspinam się na drzewo i mam chwilę spokoju, bo Ernest zwykle je w stołówce. Potem on przychodzi, siada sobie obok mnie i zaczyna gadać. O wszystkim i o niczym. Na początku to irytowało, ale teraz mam już na niego sposób. Nauczyłem się wpuszczać jego słowa jednym, a wypuszczać drugim uchem. Sam zamykam oczy i nie myślę. Tylko potakuję co jakiś czas.
- Gilbert, to nie jest odpowiedź na moje pytanie!
- A o co pytasz? – ziewnąłem i otworzyłem jedno oko. Rzadko dopominał się bardziej rozwiniętej wypowiedzi.
- Czy uważasz, że za dużo mówię?
- Przytaknąłem, więc to jest odpowiedź.
- Naprawdę za dużo mówię?
- Tak.
Zamilkł na chwilę, ale zaraz jego ponura mina ustąpiła miejsca uśmiechowi.
- Ale to tylko dlatego, że jestem geniuszem, co nie?
- Aha.
- Za to ty mówisz za mało! Powiedz mi coś o sobie.
- Daj mi spokój.
- No, dalej! Wolisz kawę czy herbatę?
Miałem ochotę zacząć walić głową w pień. Albo kogoś z tego drzewa zrzucić.
- Herbatę.
- Co najbardziej lubisz robić?
- Nic.
- Jaka jest twoja ulubiona pora dnia?
- Obiadowa i nocna. Wtedy dajesz mi spokój.
- Smutno ci, że nie jem z tobą obiadu? – zmartwił się Ernest.
- Tego nie powiedziałem!
- Ale smutno ci? Mogę zacząć, chociaż na stołówce zawsze dzieją się ciekawe rzeczy…
- Nie, nie! Lubię jeść sam!
- Hm… co zrobisz, kiedy nasz tajny plan zostanie zrealizowany?
- Będę… chyba będę robił, to, co zwykle– zawahałem się. Nie miałem pojęcia, co miałbym wtedy robić. Nie wyobrażałem sobie, że plan wypali i nie zakładałem, że cokolwiek się zmieni. Po co miałoby? Moje życie i tak było pozbawione sensu.
- Na co miałbyś teraz największą ochotę?
- Em… może ja się położę, a ty mi opowiesz, co się dzisiaj działo na stołówce… - zaproponowałem. Lepsze to, niż odpowiadanie na pytania.
- Już ci to opowiadałem!
- To zrób to jeszcze raz, było bardzo ciekawe.
- Serio? Naprawdę chcesz, żebym ci coś opowiedział? – oczy znów mu się zaświeciły. Zabawne, jak łatwo dał się nabrać, ten geniusz.
- Tak, serio. Mów, mów.
Drugi raz nie trzeba było mu tego powtarzać.
Znów zapadłem w przyjemne odrętwienie, podczas gdy Ernest mówił coś i mówił…
- A ty, Ernest… czemu jesteś z wysokiego zagrożenia? Nie toczy ci się piana z ust, nie wydajesz się tak porąbany, jak oni… - „aż tak” porąbany, rzecz jasna. W końcu niewiele mu brakowało.
- Geniuszy często bierze się za wariatów. Ale ty nie myślisz, że jestem wariatem, prawda? Prawda?
„Oczywiście, że jesteś wariatem”
- Oczywiście, że jesteś wariatem.
Usłyszałem śmiech.
- Ty zawsze mówisz to, co myślisz, prawda? To trochę głupie.
- Sam jesteś głupi.
Znowu się roześmiał i zaczął dalej nawijać o stołówce. Nie było to nawet takie złe, jakby się zastanowić.
Jakby się zastanowić… do Ernesta dało się przywyknąć. 

Dorodoroke

środa, 16 lutego 2011

Post-zapychacz

Hej!
Walentynki się skończyły, tak jak i nasze walentynkowe posty, które, jak na razie, skomentowała tylko nasza wspaniała spongebob00 (alias: imarabel) i to nie wszystkie! Oj, nie staracie się, nasi (nie)wierni czytelnicy!
Jak jest napisane w tytule, post ten jest takim zapychaczem. Ustaliłyśmy sobie z Karolą, że gdy dobijemy do 50 postów na naszym blogu, pozwolimy sobie na wydanie tych "kilku" złotych i zakupieniu DVD Ouran High School Host Club. Więc czym więcej postów, tym lepiej, nie?
(tak naprawdę od pewnego czasu szukałyśmy już jakiegoś pretekstu, aby sobie to DVD kupić. Niestety wszystkie rocznice, które kojarzyłyśmy, były jakoś bardzo oddalone w czasie... dzięki naszej hbub29 i jej setnemu postowi oto jest wspaniała okazja! dzięki, hbub29!)
Poza tym chciałabym przypomnieć o naszym konkursie na tytuł do opowiadania! Zostało wam trochę więcej niż tydzień na zaprezentowanie nam swoich pomysłów! Jak na razie dostałyśmy tylko 2 propozycje - trochę mało, żeby z nich wybierać, prawda? Przypominamy, że nagroda czeka!
Co do Opowiadania - już wkrótce możecie spodziewać się kolejnego rozdziału (może to wam podsunie jakieś pomysły na tytuł...). Na rysunki pewnie trzeba będzie poczekać troszkę dłużej - gotowy tekst później o nie uzupełnimy, oki?
Jak Karola obiecała w ostatnim walentynkowym poście, pojawią się też jakieś króciutkie opowiadania związane z Bleachem i Ouranem, ale to jeszcze za trochę - dopiero wysilamy swoje mózgownice, żeby ułożyć jakieś fajne "fabułki"...
Dorodoroke

poniedziałek, 14 lutego 2011

Walentynki cz.3

No, tak, tak- zapewne macie już dość wszelkich walentynkowych postów. Ale ten będzie ciekawy (mam nadzieję ;P). Dorodoroke się bardzo napracowała (ukłony, ukłony), więc tak sobie pomyślałam, ze znów niesłusznie zostanę uznana za leniwą i w ogóle, a przecież robię tyle rzeczy podpadających pod kategorię "Wypoczynek" (niestety granica pomiędzy "Pracowitym i aktywnym wypoczynkiem" a "Pracą" zaczyna się zacierać).
Och, szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego walentynki zostały uznane za święto- przecież to tylko okazja do zarobku na okropnych serduszkach, istniejących wszędzie i wpychających się w każdą, nawet tą najbardziej niewinną reklamę. Nie, żebym krytykowała same serduszka- toż przecież bardzo ważny organ- ale czasami od wszechobecnego różu ma się ochotę... no nie wiem- może tak na przekór zostać emo?
Tyle słów samego wstępu wystarczy? (Hm.. nie jestem Dorodoroke nie potrafię tyle pisać, kiedy muszę).





To coś powyżej- to jest specjalnie dla przygnębienia was różem! ;D (nie, nie jestem sadystką). To opening z bardzo fajnego, choć momentami dziwnego anime Ouran High School Host Club. Polecam każdemu, szczególnie na walentynki, jest bardzo śmieszne, zwalające z krzesła, a do samego openingu też da się przyzwyczaić- muzyka jest dość sympatyczna. Ourana zalicza się do tzw. komedii romantycznych, które trzymają poziom, aczkolwiek w ostatnich odcinkach cała akcja się trochę psuje. To anime bardzo mnie śmieszyło, myślę, że każdy, kto potrzebuje odprężenia od pracy znajdzie w nim coś dla siebie.

(Tak, tak, przepraszam, że to nie opowiadanie, ale obiecuję, ze takowe pojawi się w niedługim czasie- prace w toku- jedno będzie o Bleachu, a drugie o Ouranie).





A oto, specjalnie dla chat noir ;*, pierwszy ending Bleacha (sorry, hbub, ale ta obsesja ogarnęła tez mnie). Jest on, według mnie, pasujący klimatem do walentynek, bardzo ładny i wzruszający. Bleach jest wprawdzie mało romantycznym anime (ekhem, ekhem, włączyło się moje sumienie- to w ogóle nie jest romantyczne). Wszak mam wielką nadzieję, że Rukia Kuchiki (ta z czarnymi włosami, na samym początku) będzie z głównym bohaterem :). Ostrzegam jednak, ze anime to, kiedy pominie się pierwsze odcinki (kiepskie dość), staje się bardzo wciągające (żywym przykładem na to jest chat noir- TY na pewno potrafisz przed tym ostrzec, co nie? ;D).



A teraz przechodzimy do mojej ulubionej części- moich prac, wykonanych najpierw na papierze, a potem obrobionych w kochanym edytorze graficznym :).
Oto walentynkowe muffinki ^___^.  I walentynkowe picie. I marna podobizna mnie, która chce to wszystko zjeść :)
A oto mangowa, walentynkowa dziewczyna, która jest, według mnie, jednym z moich najładniejszych rysunków. Żeby ilość różu i czerwieni Was nie przytłaczała, dałam jej czarną koszulkę :) A na te czerwone paznokcie namówiła mnie siostra (więc wszelkie uwagi zwalajcie na nią, dobrze? ;P). Starałam się zamieścić serduszka we wszystkich możliwych miejscach ^__^.

A oto Yuki Sohma, bohater mangi "Fruit Basket". Nie żebym go specjalnie lubiła, jest dość dziwny i wygląda jak dziewczyna, przynajmniej na niektórych ujęciach. Jest za to bardzo popularny w szkole, właściwie nie wiadomo dlaczego, mieszka ze swoim kuzynem i nie lubi kotów (a w zasadzie jednego). Poza tym wydaje się być dość sympatyczny.

No więc, to już ostatni walentynkowy post. Koloru rybek nie udało zmienić się na różowy (bu...). Mam nadzieję, ze lubicie nasze walentynkowe posty xD

Karola *uff... już koniec...*

Walentynki! cz.2

Walentynki!
Szczęścia w miłości i mnóstwa radości!
W tym poście, w dziwny może sposób realizując podpunkt w naszej ankiecie "życie", chcemy napisać trochę o zwyczajach walentynkowych w 4 państwach świata - Chinach, Japonii, Anglii i USA... to wcale nie jest nudny temat! Oczywiście nacisk postawiłyśmy na Japonię, jak na fanki mangi i anime przystało. O zwyczajach bardzo pobieżnie, ale za to ciekawie (^^):


Walentynki w Chinach:
Są obchodzone siódmego dnia siódmego miesiąca w chińskim kalendarzu – to się chyba nie pokrywa z naszym 14 lutego! Zakochani udają się do świątyni swatki (eee…) żeby modlić się o szczęście w związku. Jeśli jesteś singlem, też wypadałoby to zrobić – może ci to przynieść więcej szczęścia w poszukiwaniach…

Walentynki w Stanach:
Tam chyba jest to święto najbardziej popularne. W sklepach kupić można całe książki poświęcone Walentynkom – poradniki i instrukcje gier związanych z tym dniem. W szkołach wprowadzono też specjalne walentynkowe lekcje!

Walentynki w Anglii:
"Fruits Basket" bawi i uczy japońskiej kultury ^^
Na wyspach istniał zwyczaj, że dzieci przebierały się za dorosłych i chodziły po domach, śpiewając piosenki o miłości. Tutaj zakochani najczęściej podarowują sobie kartonowe serca z wizerunkami Romea i Julii.

Walentynki w Japonii:
Oczywiście, że tym się zainteresowałyśmy najbardziej! W Walentynki, 14 lutego, Japonki podarowują czekoladki swoim obiektom zainteresowania. Chłopcy żadnych prezentów nie dają, ale zapewne żyją w ciągłym strachu, bo głupio jest nie dostać ani jednej czekoladki. Na szczęście panuje obyczaj, że kobiety kupują je również dla tych, do których nie żywią romantycznych uczuć – na przykład dla swoich szefów, współpracowników… Takie prezenty nazywamy giri – choco, przy czym „giri” oznacza obowiązek/zobowiązanie.
Wycieczka to chyba dość ekstrawagancki prezent na Biały Dzień...
Honmei-choco to droższa czekoladka niż giri-choco i czasami nawet zrobiona własnoręcznie – to ona w udziale przypada chłopcu, który nam się podoba.
Jeszcze jeden rodzaj czekoladek walentynkowych to tomo-choco („tomo”= przyjaciel). Japonki coraz częściej dają je swoim przyjaciółkom.
Wredne byłoby, gdyby tylko płeć żeńska wydawała pieniądze, prawda? W kulturze Japońskiej istnieje więc tak zwany „Biały Dzień”. 14 marca, czyli równo miesiąc po Walentynkach, chłopcy dają dziewczynom swoje prezenty „zwrotne”.






Następny - i ostatni! *chlip chlip* - walentynkowy post już wkrótce, a w nim piękne rysunki Karoli i coś dla fanów Bleacha i Ourana.

niedziela, 13 lutego 2011

Walentynki!

Dzisiaj mamy Walentynki!
Wesołych Walentynek! (tak się mówi?)
Dużo miłości i radości!!!
A oto nasz pierwszy walentynkowy post! Bo w końcu zdecydowałyśmy się na TRZY!
Większość z was w naszej ankiecie zagłosowała na "nie wiem" (z ukrytą chęcią zaproponowania motywu matrixa - ludzie, co w nim romantycznego), "życie", "jedzenie" i "wszystko". Więc w tym poście zrealizujemy to "jedzenie" i... hmm... "nie wiem", okej ^^?


 
(polski) Kocham Cię.
(francuski) Je t’aime.
(hiszpański) Te quiero.
(włoski) Ti amo.
(niemiecki) Ich liebe dich.
(czeski) Miluji te.
(japoński) あいしてます Aishitemasu. 
(są też różne inne sposoby na powiedzenie tego!)
(chiński)  我爱你 Wo ai ni. 
(uwaga – zdaje się, że jest jeszcze jakaś odmiana chińskiego, w której jest inaczej!)
(esperanto) Mi amas vin.
(grecki) S'agapo.
(hawajski) Aloha wau ia oi.
(hebrajski) Ani ohev otah.
(łacina) Te amo.



Przepis na Walentynkowe ciasteczka
W Polsce raczej rzadko spotykamy się z nimi w sklepach czy piekarniach, ale wszyscy wiemy, że np. w Stanach są absolutnym hitem. Ci, którzy mają troszkę więcej czasu lub ochoty próbują zrobić je samemu. To jeden z przepisów na takie właśnie, najprostsze, ciasteczka. Znalazłyśmy go w angielskim oryginale i jak mogłyśmy, starałyśmy się wszelkie cale i Farenheity zmienić na nasze polskie odpowiedniki. UWAGA: Jeszcze żadna z nas przepisu nie wypróbowała, więc nie gwarantujemy absolutnego sukcesu! UWAGA nr. 2: Niech wam się nie marzy, że ciasteczka wyjdą tak ślicznie, jak na zdjęciach!
Będą nam potrzebne:
  •          1 i pół szklanki masła
  •          2 szklanki cukru (zwykłego, nie brązowego)
  •          4 jajka
  •          1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  •          5 szklanek mąki
  •          2 łyżeczki proszku do pieczenia
  •          1 łyżeczka soli
  •          Lukier – może być robiony samodzielnie albo kupny, zwykły biały lub walentynkowo czerwony… - i ewentualnie posypki, bo wszyscy lubią się nimi bawić
Co dalej?
  1.       W dużej misce mieszamy dokładnie masło i cukier. Wbijamy jajka i dodajemy ekstrakt z wanilii. Potem „mieszamy” jeszcze raz  - tym razem po wsypaniu mąki, proszku do pieczenia i soli. Przykrywamy ciasto ściereczką i odstawiamy na bok, przynajmniej na godzinę.
  2.        Po „przynajmniej godzinie” wracamy do kuchni i podgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Musimy rozwałkować ciasto, tak, żeby miało ok. 1 centymetra. Albo po prostu tak na oko, niech nie będzie za cienkie ani przesadnie grube J Wycinamy z ciasta ciasteczka w kształcie serduszek (jeśli nie mamy foremki, możemy ew. nożem… ale równe to one nie wyjdą!). Układamy je na blasze i dekorujemy lukrem. Możemy wymalować wzorki, zygzaki… co zdolniejsi narysować lub napisać coś konkretnego.
  3.        Teraz wsadzamy nasze serducha do piekarnika i pieczemy od 6 do 8 minut, wciąż zerkając, czy się nie spaliły (uwierzcie mi – takie na pewno nie będą smaczne! Więc lepiej nie zagapcie się, zaczytując w naszych błyskotliwych postach, podczas gdy siedzą w piecu!)
  4.        Gotowe! Jupi! Wyszły lub nie, to już koniec. Czas na najprzyjemniejszą część całego tego przedsięwzięcia – ciasteczka możemy podarować ukochanym osobom!
…

Taa… ale przedtem trzeba przecież sprawdzić, czy są smaczne! ^^

Czekajcie z niecierpliwością na kolejne walentynkowe posty!


Aha, jeszcze jedno - zauważyłyście, jakie walentynkowe nam się rybki zrobiły?

sobota, 12 lutego 2011

Rysunki do opowiadania!

Hej!
Piszę tego posta z kilku powodów:
1) Pewnie jeszcze nie wiecie, więc informuję: wstawiłyśmy obrazki do obu rozdziałów opowiadania, wciąż pozostającego bez tytułu. Nie chce mi się wstawiać linka, zakładam, że sami znajdziecie - poza tym, oba były dodane niedawno. Rysunki są autorstwa Karoli.
2) Jutro ankieta na temat walentynkowego posta zostanie zamknięta, więc jeśli macie swoje zdanie w tej sprawie, radzę się pospieszyć z głosowaniem!
3) Jak na razie, dostałyśmy tylko jedną propozycję tytułu dla opowiadania! To trochę za mało, żeby wybierać, prawda? Liczymy na więcej! Pamiętajcie o nagrodzie!
4) Nasza przyjaciółka, hbub29, właśnie napisała swojego setnego posta na blogu! (linka możecie znaleźć w podstronie: Przyjaciele) Gratulacje! Ten post będzie naszym 33. (dopiero!) i to jest kolejny powód - mam jakąś dziwną ambicję, aby ją dogonić. Taaa... jeszcze 67 postów przed nami! (dobrze policzyłam??? chwila... tak, to razem sto! ^^)

No, to tyle. Czy pisanie posta w całości składającego się z powodów jego napisania, ma jakikolwiek sens?
Jasne, że nie. Ale co tam!

Dorodoroke